sobota, 2 lipca 2016

Rozdział trzydziesty drugi

Daniel
Zaskoczył go brak jakielkowiek straży przy wejściu, oraz przy budynku szpitalnym, który wielkościowo mógłby być porównany do jego salonu. Przemknął się niezauważony jednym z "bocznych wejść", aczkolwiek na sto procent były one nieoficjalne. Z cienia przez chwilę przyglądał się dzieciom bawiącym się na podwórzu, przed domami. Kto by pomyślał, że drzemie w nich wilcze piętno, które oni tak... Tępili. Od lat, bez żadnego uczucia. Przez głowę na raz przebiegło mu mnóstwo myśli. A co jeśli to co robią jest złe? Co jeśli nie powinni? Przecież oni też mieli rodziny. Teoretycznie niczym nie różnili się od Łowców. Pokręcił szybko głową. Wszystko, czego się dowiedział było przekazywane licznym pokoleniom. Wiele osób przed nim robiło to samo, co on teraz, i jak znał życie, wcale się nie wahali.
Długo nie miał kontaktu z Corall, zaczął się martwić. Zazwyczaj jeśli nie odbierała, po  jakimś czasie odpowiadała chociażby wiadomością. Tym razem nie dostał od niej nic. Nie odbierała połączeń, nie odpowiadała na wiadomości. W głowie uruchamiały się najczarniejsze scenariusze, a serce zaczynało bić mocniej. Zaczął przeszukiwać wszystkie notatki jej ojca, jakie ten zgromadził. Te o wilkołakach, o nowych cichych broniach, o rekrutacji coraz młodszych osób. Dziwnie było to wszystko czytać, wiedząc, że napisała je osoba tak bliska dziewczynie, która... Ewentualnie zostanie użyta jako broń Łowców...
Znalazł lokalizację Obozu Wilkołaków w zapiskach jej ojca. Żył z nimi w zgodzie, bo on miał własną ideę jak Łowcy powinni działać. Jakieś zawirowane w jego głowie myśli namówiły go, by właśnie tam się udał. Że to właśnie tam jest osoba, której szuka. Coś mówiło mu, że Corall jest właśnie tam.
Zacisnął dłoń na łuku, wziął głębszy wdech. Raz się żyje, Dan. Nie był mocno uzbrojony, miał ze sobą kilka zwykłych strzał, w razie gdyby rzeczywiście coś go napadło, albo gdyby po prostu chciał sobie postrzelać, jak to on niekiedy miał w zwyczaju. Upewniając się, że nikt go nie widzi, wyłonił się z cienia i delikatnie pchnął drzwi frontowe niewielkiego budynku. Zapachniało mu lekami, typowym gabinetem lekarskim z normalnego szpitala, lub z ich skrzydła szpitalnego w bazie. Nie był tam wiele razy, a jeśli już, to albo w odwiedzinach, albo załatwiając jakieś sprawy.
Słyszał strzępki rozmowy w jednym pomieszczeniu, więc póki co się tam nie zbliżał. Dalej korytarzem rozciągały się drzwi, nie było ich wiele, i znaczna ich część była zamknięta. Tylko jedne były uchylone, a z przerwy między drewnem a framugą wydobywało się blade światło. Niepewnie podszedł bliżej, wierzchem jednej dłoni otwierając drzwi szerzej, tak by mógł zajrzeć do środka. Subtelnie wychylił głowę, i aż uszło z niego powietrze, kiedy pod białą pościelą zobaczył blond czuprynę Corall. Pewniejszym już krokiem podszedł do jej łóżka, kucając tuż przy jej twarzy. Wierzchem palców delikatnie odsunął zabłąkany kosmyk włosów z jej policzka.
- Co ty tu robisz? - spytała dziewczyna słabym głosem, podnosząc blade spojrzenie na chłopaka.  Spojrzał na nią zaskoczony.
- Raczej co TY tu robisz. - odparł, i westchnął długo. Spojrzał w kierunku z którego przyszedł. Gotowały się w nim emocje. Podniósł się na równe nogi i znów spojrzał czule na dziewczynę. Pochylił się nad nią, delikatnie przyciskając wargi swoich ust do jej głowy. - Zabiorę cię stąd Corall. Jeszcze dzisiaj będziesz bezpieczna w domu. - szepnął, po czym szybko się wyprostował i wyszedł z jej salki.
Pewny siebie i swojej decyzji, ruszył w stronę drzwi przy wejściu, tam gdzie wcześniej słyszał rozmowy. Kulturalnie zapukał, ale już mniej kulturalnie, wszedł od razu, nie czekając na zaproszenie. Nie zaskoczył go widok Travisa, który od razu z wrogą miną podniósł się z miejsca, kiedy Daniel przekroczył próg pomieszczenia. Lekarka siedząca za biurkiem podniosła tylko zaniepokojone spojrzenie, ale nie ruszyła się, ani nie odezwała.
- Opanuj emocje, wilczku. - mruknął tylko Daniel, wyciągając rękę i lekko odpychając chłopaka od siebie, kiedy ten znalazł się zbyt blisko. - Wiesz, że jestem tu z jej powodu. I dla jej bezpieczeństwa, zabieram ją do domu. Jeszcze dzisiaj. - powiedział pewnie. Wyprostował się. Czekał na reakcję wilkołaka, gotowy przyjąć jego słowa (lub też pazury) na klatę. Miał cel, i nie zamierzał się poddać.

Travis
Z jego gardła wydobyło się warknięcie. Najprawdziwsze wilcze warknięcie. Mierzył łowce złowrogim spojrzeniem. Jak znalazł ich obóz? I jakim cudem dostał się tutaj niezauważony? Musieli zwiększyć patrole wokół obozowiska. Nikt nie powinien dostać się tutaj niepostrzeżenie. A skoro Danielowi się to udało to inni także mogli pójść w ślad za nim, a w tedy... Rozpętałoby się tutaj piekło.
-Jeśli myślisz, że puszcze ją gdziekolwiek z tobą to jesteś w błędzie.- Mruknął zaciskając dłonie w pięści. Musiał powstrzymać gniew, lecz było to dla niego trudne w obecnej sytuacji. Łowca w obozie. Corall, która ledwo uszła z życiem i wilkołak, który paktuje z wrogiem. Tego było już za wiele.- Była bezpieczna póki nie przekupiliście jednego z naszych by ją zaatakował, by Corall zaczęła się nas bać. Sprytnie, ale przez was ona teraz cierpi.- Dodał. Nawet jeśli dziewczyna chciałaby odejść, Travis nie mógł od tak wypuścić łowcy z obozu. Poznał jego lokalizację i teraz nic nie stoi na przeszkodzie by zdradził ten sekret reszcie swojej bandy. Jednak głównie obawiał się tego, iż dziewczyna zmieni zdanie odnośnie wilkołaków, że zagości w niej strach i obrzydzenie. Bał się też, że nie będzie chciała mieć z nim już do czynienia. Obiecał, że nic jej tu nie grozi i słowa nie dotrzymał, ale nie spodziewał się czegoś takiego. Tyle dobrego wydarzyło się w ostatnich dniach. Był w swoim domu, miał przy sobie Corall... A teraz wszystko się posypało. Usłyszał ciche chrząknięcie za plecami. Zerknął przez ramię na Josephine.
-Corall musi opuścić obóz.- Przypomniała lekarka.- Łowco, jeśli Corall zechce pojechać z tobą, żadne z nas nie będzie mogło jej zatrzymać.- Z ust Travisa wyrwał się jęk. Nie chciał sobie nawet wyobrażać tego, że Corall znów odejdzie z Danielem, że znów zrazi się do niego.- Jednak żadne z was nie może zdradzić położenia tego miejsca i liczę, że uparcie nie próbowałbyś nakłonić Corall do użycia jej krwi przeciwko nam. Ona zobaczyła w obozie i w nas to samo co jej ojciec i gdybyś ty nie kierował się uprzedzeniami pewnie też byś to dostrzegł. My też mamy rodziny.- Wytłumaczyła z ciepłym uśmiechem. Wyminęła biurko i podeszła do dwójki. Położyła dłoń na ramieniu Travisa.- Dla jej dobra musicie się dogadać.- Dodała po czym wyszła z pomieszczenia zostawiając ich samych. Travis zacisnął szczęki i odwrócił wzrok.- Ja gdzieś z nią wyjadę, daleko stąd i od Monterey. Będzie bezpieczna i nikt jej przeciw nikomu nie wykorzysta.- Stwierdził znów patrząc na Daniela. Docierało do niego to, że z nim też Corall byłaby bezpieczna, ale obawiał się, że łowcy zależy równie mocno na wybiciu wilkołaków co na niej. Nie mógł też jej stracić. Travis już wiedział, że dla niego to jest ta jedyna i żadna inna jej nie zastąpi. To ją gotowy był zasłonić własnym ciałem, zrezygnować z własnego dobra i wygody. Nie chciał nawet myśleć o tym, że dziewczyna będzie wolała pojechać z młodym łowcą. Nie mógł jej stracić. Byłby nawet gotowy znieść obecność Daniela byle tylko móc być w pobliżu Corall.

Daniel
Słowa lekarki ponownie przywołały te same myśli, które krążyły po jego głowie zanim przekroczył próg tego budynku. Skinął jej tylko głową, po czym wolną dłonią przyłożył trzy palce do serca i lekko się skłonił. Łowcza obietnica, której nic nie mogło złamać. Nie wyda ich lokalizacji. Ani nie będzie namawiał jej do oddania własnej krwi by użyć jej jako broń. Jeśli sama będzie chciała ją oddać, żaden Łowca nie będzie jej zatrzymywał.
Kiedy kobieta opuściła pomieszczenie, Daniel zaczął się rozglądać. Na biurku zza którego wyszła leżała brązowa koperta A4 z białą naklejką, podpisana Corall. Podszedł bliżej i sięgnął po nią. Nie otwierał jej. Aż tak wścibski nie był. Mimo to cały czas czuł na sobie wzrok rywala. Wiedział doskonale, że oboje nie dadzą za wygraną kiedy chodzi o blondynkę. Dziewczyna była powiązana z oboma stronami. W jej żyłach płynie potencjalna broń, a jej ojciec miał bliską relację z tutejszym stadem wilkołaków, która jak widać przeszła na jego córkę.
- Słuchaj. Nie chcę walczyć, okej? - rzucił Daniel, podnosząc wzrok na Travisa. Jednocześnie odłożył kopertę z powrotem na biurko. - Zależy mi na jej bezpieczeństwie chyba tak samo jak tobie. Więc tym bardziej powinieneś zrozumieć fakt, że chcę dla niej dobrze. Wykuruje się u nas. Mamy dobrych lekarzy, którzy przez wzgląd na jej ojca wezmą ją bez wahania. Jak tylko wyzdrowieje, odwiozę ją do domu, albo gdziekolwiek będzie chciała, i tyle po mnie i po Łowcach. Chyba tyle możesz dla niej zrobić, co nie? - wytłumaczył, twardo patrząc wilkowi w oczy. To Travis jako pierwszy odwrócił wzrok. Daniel widział, że rozważa jego słowa. Oczekiwał sprzeciwu oraz uporu chłopaka. Łowca wyminął biurko i podszedł bliżej niego.
- Łowcy nigdy w życiu by jej nie skrzywdzili. - powiedział cicho. - Jeśli się zgodzisz, ja pozwolę jej zostać w waszym obozie jeszcze przez dzisiejszą noc, i przyjadę po nią z samego rana. - Widział wilkołak wzdycha, jego wzrok biegał po podłodze, z punktu A do punktu B.

Travis
Travis wiedział, że Daniel ma rację, ale ciężko mu było to przyznać. Nie chodziło tylko i wyłącznie o strach, że wykorzystają Corall przeciwko wilkołakom. Travis obawiał się, że to co wydarzyło się między nimi straci teraz na znaczeniu. W końcu cały atak mógł źle na nią wpłynąć. Westchnął ciężko. Po kilku minutach milczenia podniósł wzrok na łowcę.
-Niech będzie.- Zgodził się niechętnie.- Ale za parę dni przyjadę i sprawdzę co z nią.- Stwierdził. Nie mógł od tak oddać ją pod opiekę tych przeklętych łowców i siedzieć tutaj spokojnie.- Gdybyś nie chciał wybić wszystkich na których mi zależy, mógłbym ci zaufać.- Przyznał mierząc go nieco łagodniejszym spojrzeniem. Wyminął łowcę i wyszedł z pomieszczenia. Zatrzymał się przy uchylonych drzwiach do salki, w której znajdowała się Corall. Z grymasem na twarzy przyglądał się blondynce. Tak wiele się zmieniło odkąd wpadła na niego na szkolnym korytarzu.
Sam już nie wiedział co będzie dla NIEJ lepsze. Zbytnio kierował się własnymi uczuciami by móc być obiektywnym. Wiedział, że przy Danielu będzie bezpieczna. Wiedział, że w odróżnieniu od niego, Daniel zapewni jej normalne życie. Travis miał przed sobą jeszcze wiele lat życia, życia w obozie pełnym swoich pobratymców z daleka od cywilizacji... Skrzywił się do własnych myśli i oparł czoło o ścianę. Nabrał powietrza do płuc po czym zdecydował się wejść do środka. Usiadł na krześle obok łóżka. Ujął szczupłą dłoń dziewczyny.
-Daniel jutro zabierze cię do domu. Tam wydobrzejesz.- Oznajmił ze wzrokiem utkwionym w ich dłoniach.- Zawrzeliśmy umowę, że póki ty nie wyrazisz na to zgody żadna ze stron nie wykorzysta cię przeciwko tej drugiej. Będziesz miała spokój. Obiecuję.- Podniósł się z miejsca. Pochyliwszy się nad nią, złożył pocałunek na jej chłodnym czole.- Przepraszam za to co się stało.- Mruknął spoglądając w jej błękitne oczy. Z trudem wyplótł palce z jej dłoni i odsunął się. Chwilę się jej przyglądał po czym odwrócił się na pięcie i wyszedł szybko z sali. Spojrzał, z bólem kryjącym się w jego oczach, na Daniela.- Zaopiekuj się nią.- Poprosił cicho. Będzie jeszcze żałować tej decyzji, ale w tym momencie sądził, że to najlepsze co może zrobić dla Corall. Wilkołaki wycofają się z jej życia. Liczył, że i łowcy uczynią dla niej to samo. Chociaż wątpił by ich żądza oczyszczenia świata na to pozwoliła. Zerknął przez ramię w stronę salki po czym wyszedł z budynku. Zaczerpnął gwałtownie świeżego, chłodnego powietrza. Z jednej strony chciał być jak najbliżej Corall, zatrzymać ją tylko dla siebie, ale z drugiej wiedział czego ona chce i co będzie lepszym rozwiązaniem. Nie mógł wiecznie myśleć tylko i wyłącznie o sobie. Nie w jej przypadku. Musiał zastanowić się kto będzie dla niej lepszym wyborem.

Szkolne plotki

Szablon wykonała Sasame Ka dla Zaczarowane Szablony